Z twierdzy wroga

Berlin i ja. Emigracja. Życie w Berlinie.

Wpisy

  • piątek, 30 października 2009
  • czwartek, 29 października 2009
    • Buddenbrookowie: Dzieje upadku rodziny

      Die Buddenbrooks

      Uwielbiam oglądać adaptacje filmowe. Są dla mnie dopełnieniem lektury, pozwalają nasycić niedosyt. Umożliwiają jeszcze jedno spotkanie z bohaterami, z którymi nie chcę się rozstawać. Dają szansę jeszcze raz przeżyć historie, usłyszeć słowa, poczuć klimat. Przypominają odwiedzanie po latach dobrze znajomych kątów, odkrywanie na nowo ich tajemnic. 
      Dobra adaptacja potrafi obudzić równie wielkie emocje co książkowe źródło. Potrafi dokonać cudu wiary w szczęśliwe zakończenie, nawet wtedy, gdy doskonale wiesz, że szczęśliwego zakończenia nie będzie. Potrafi dokonać cudu pragnienia wpłynięcia na losy bohaterów.

      Buddenbrookowie nie jest dobrą adaptacją. Wprawdzie miło jest znów zobaczyć znajomych z powieści bohaterów, ale historia opowiedziana jest nudnawo i oglądanie filmu przypomina raczej oglądanie zdjęć na Naszej Klasie – po trzecim dochodzisz do wniosku, że nie bardzo cię to interesuje. Film nie budzi niestety emocji i wcale nie ma się ochoty zawrócić Thomasa z jego ostatniej drogi, czy też pielęgnować Hanno podczas choroby.  
      Niewielkim oszustwem, popełnionym zapewne w celu dodania dramaturgii, jest pominięcie w filmie faktu, że Tonia ma zamężną już córkę i że nie zostaje zupełnie sama po odjeździe Gerdy. 

      Film polecam więc jedynie miłośnikom filmów kostiumowych lub Tomasza Manna. Reszta może sobie darować ;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 października 2009 11:49
  • środa, 28 października 2009
    • Nie jestem germanofobem

      Gdybym nim była, musiałabym, sypiając z wrogiem, mieć moralność podwójnej agentki lub żółte papiery. Tymczasem mam się zupełnie dobrze, a moje sumienie pod tym względem to harmonijnie rozwinięty kwiat wiśni. 
      Fakt, przyznaję, nie marzyłam o tym, żeby tu przyjechać, ale stało się. Przyjęłam ten fakt z ciekawością i otwartością młodej duszy. Nie żałuje. Za normalny uważam fakt porównywania i to, że niektóre zjawiska mnie śmieszą, a inne irytują, choćby z tej racji, że są dla mnie nowe, inne. Staram się też nie generalizować, bo nie wierzę za bardzo (czyli trochę jednak tak) w istnienie cech narodowych. 
      Mężczyzna Mojego Życia jest Niemcem. To właśnie Jego wybrałam, Nim się zachwyciłam. Zachwyciłam się też „Czarodziejską górą”, targiem bożonarodzeniowym i Kopernikusem (żartuję).
      W Twierdzy Wroga (proszę tytułu nie brać zbyt poważnie, toż to tylko literacki koncept) opisuję subiektywne wrażenia i przygody - zarówno zachwyty, jak i rozczarowania, czy kłopoty, z którymi boryka się każdy emigrant. Często różne przypadki wzbudzają negatywne emocje, lecz zazwyczaj krótkotrwałe i obejmujące konkretne osoby, miejsca, instytucje etc., nigdy cały naród.  
      Ja rozumiem, że dla ludzi zakochanych w Niemczech, moja neutralność może wydawać się niechęcią. Ale jaką masochistką musiałabym być, mieszkając w kraju i wśród ludzi, których nie lubię? 
      Tak więc jeszcze raz: ja nie czuję niechęci do Niemiec! Ja czuję niechęć do Niemek. ;)

      P.S. Wpis sprowokowany.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nie jestem germanofobem”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      środa, 28 października 2009 14:07
  • czwartek, 22 października 2009
  • środa, 21 października 2009
    • W zimie minie rok

      Im Winter ein Jahr/ Aftermath

      Po ten niemiecki film z 2008 roku sięgnęłam przyciągnięta przez zdjęcie na okładce. Opis na odwrocie okazał się równie intrygujący. Warto było dać się złowić! Poniżej obie przynęty:

      Eliane Richter (Corinna Harfouch) prosi artystę malarza Maxa Hollandera (Josef Bierbichler) o namalowanie portretu jej obojga dzieci, 22-letniej Lilli (Karoline Herfurth) - utalentowanej studentki tańca i 19-letniego Alexandra, który przed niemal rokiem uległ śmiertelnemu wypadkowi. Kiedy Lilli, z początku niechętnie, pojawia się w pracowni malarza, zauważa on szybko, że dziewczyna przeżywa emocjonalne trudności. Artysta próbuje poznać i zrozumieć relację rodzeństwa, co zbliża go z Lilli. Obraz rodzeństwa ma w efekcie końcowym niewiele wspólnego z tym, czego życzyła sobie Eliane, lecz właśnie to oznacza dla rodziny Richter nowy początek.

      w zimie rok

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      środa, 21 października 2009 21:18
  • wtorek, 20 października 2009
    • Fajny Uniwersytet?

      Wróciły jesień, czapki, szaliki i zajęcia na FU. Żegnaj Wolny Czasie, żegnajcie Wolne Poranki, witaj Wolny Uniwersytecie!

      Studiujących na Freie Universität można porównać do różnych pojazdów wodnych:

      • Można wśród nich spotkać zatem Lodołamacza, który konsekwentnie i bezwzględnie torując sobie drogę prze do przodu. „Przód” leży przy tym na zachodzie.
      • Sam sobie sterem, Żaglówką = Okrętem jest ten, kto świadomie steruje swoją edukacją, dobiera interesujące go kursy i bez titanicowych ambicji dąży sobie tylko znaną trasą.
      • „Erasmusy” są najczęściej Tratwą wypełnioną beczkami z rumem. Woda niesie odgłosy śpiewu we wszystkich językach świata. Najrzadziej jednak po niemiecku.
      • Zdarzają się też studenci - Statki Pasażerskie, którzy studiują dla towarzystwa i rekreacji. Dokądś tam w końcu dopłyną, czegoś tam doświadczą, zanim zostaną wyrzuceni na ląd.
      • Studenci niemieccy są jak Statki Widmo – tajemniczy, osnuci mgłą, trudno dostępni – najlepiej zostawić ich samym sobie.

      Zanim zaczęłam studiować, słyszałam niejedną opinię potwierdzającą niedostępność niemieckich koleżanek i kolegów i nie wierzyłam w nie. Nie wierzyłam, a jednak ulżyło mi, gdy się okazało, że w mojej, liczącej dwanaście osób grupie aż siedem osób to obcokrajowcy! 
      Podział tej niewielkiej grupy na tubylców i obcych dokonał się bardzo szybko, naturalnie i prawie bezboleśnie. Może nam zabrakło umiejętności językowych, może im zabrakło cierpliwości. Czego nie zabrakło? Nieufności i lekceważenia. Podczas zajęć tkamy nici chłodnej uprzejmości, po nich słychać odgłos cięcia i kroków rozchodzących się w przeciwne strony. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Fajny Uniwersytet?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 października 2009 18:42
  • czwartek, 15 października 2009
    • Noblowa licytacja

      Przed tygodniem wrócił do nas temat przedyskutowany i przekłócony już w pierwszym miesiącu znajomości:

      - Dostaliśmy literackiego Nobla!
      - Kto? Ja?!?
      - Nie. My, Niemcy.
      - &^#%#$%@#&*&!!! - przełknięcie śliny - Kto konkretnie?
      - Yyyyy... Herta Müller.
      - Herta who? - spytałam mściwie, nieświadomie cytując amerykańską prasę.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Noblowa licytacja”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 października 2009 23:21
    • Monologi waginy

      Zupełnie przypadkiem wpadła mi w ręce książka, która dziesięć lat temu poruszyła Amerykę i kawałek reszty świata. Postanowiłam przeczytać ją w celach poznawczych, podejrzewając przy tym, że rozgłos zawdzięcza głównie szokującemu tematowi. Do takich pozycji odnoszę się zawsze podejrzliwie i drogę „przez skandal do sukcesu” uznaję za chorobę cywilizacyjną sztuki.
      Książka zaskoczyła mnie jednak, bo choć nie spodziewałam się wiele i tak zdołała mnie rozczarować. 
      Zaznaczam jednak: sam temat dramatu i cel, jaki obrały sobie Waginowe Wojowniczki (walka z przemocą wobec kobiet i pomoc poszkodowanym) uważam za ważny i wierzę, że wielu kobietom ich działalność pomogła. 
      Wszystko zaczęło się od napisania przez Eve Ensler, na podstawie wywiadów, kilku monologów traktujących o intymnych sprawach kobiet. Są to między innymi: wyznanie staruszki, która po wstydliwym wydarzeniu z młodości uznała „dolne partie” za zamkniętą piwnicę, do której nigdy nie zagląda, wnikliwy opis porodu czy też poetycki, wstrząsający kawałek o wielokrotnie gwałconej dziewczynie. 
      Same monologi czyta się z ciekawością i wzrastającym przerażeniem. Szkoda, że zajmują one objętościowo mniej niż połowę książki. Pozostałe sto stron opowiada o Dniu Waginy (v-day), który przypada w Walentynki oraz o zbawiennej działalności i ogromnym sukcesie ruchu. Wszystko to z typowym amerykańskim przejęciem i rozdęciem.
      Z żalem muszę stwierdzić, że temat stanowi jedyny atut książki. Napisana jest słabo i niedbale, choć nie wiem na ile ta słabość wypływa z nieudolności tłumaczki. Styl jest nieporadny, słowa nie zawsze adekwatne. Po przeczytaniu postawiłam więc książkę na półkę z literaturą stosowaną, między ulotkami informacyjnymi, a podręcznikami, które mają przecież inne niż estetyczne zadania. Po chwili odsunęłam ją jednak od podręczników, bo napisać w książce, mającej ambicje książki uświadamiającej i uczącej kultury seksualnej o goleniu pochwy, to jak napisać w książce kucharskiej o patroszeniu marchewki. 

      P.S. Książka nie jest przeznaczona dla osób ze skłonnościami schizofrenicznymi: kilka godzin po lekturze wierzyłam w świętość własnej Waginy i przez moment nie wiedziałam nawet, czy to jeszcze jestem Ja i Moja Wagina, czy już może Wagina i Jej Ja.

       

      monologi waginy

      http://www.vday.org/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 października 2009 02:33
  • niedziela, 11 października 2009
    • Samotność w twierdzy

      Przychodzą takie późne wieczory, kiedy odwracam się plecami do Świata i siadam twarzą w twarz z czarną kurtyną okna. Zakładam słuchawki na uszy i puszczam muzykę tak głośno, by nie przedarł się przez nią żaden dźwięk znienawidzonej w tej chwili niemieckiej telewizji. Słucham piosenek z kojącym, szeleszczącym tekstem i wzdychając schylam się po pierwszego tej jesieni kasztana znalezionego na ścieżce przed domem Rodziców. 
      Wzdychając po raz drugi piję wino prosto z butelki w studenckim mieszkaniu Przyjaciółki. 
      Trzecie westchnienie towarzyszy lekturze pod gruszą w leniwe popołudnie pełne komarów i śmiechu. 
      Na odgłos czwartego westchnienia Pies podnosi pytające spojrzenie. 
      Odgarniając liście z Grobu wzdycham po raz piąty. 
      I szósty. 
      Siódme westchnienie wyrywa mi się nad talerzem barszczu. 
      Swobodną, pełną gry słów i spontanicznych żartów rozmowę przerywa westchnienie ósme. 
      Dziewiąte ginie w porannym (nie dającym spać, do cholery!) świergocie ptaków. 
      Przy dziesiątym zasypiam w pachnącej wiosną pościeli, otoczona coraz cichszymi odgłosami domowej krzątaniny.  
      Po tym różańcu westchnień mogę znów zająć miejsce na kanapie i przez kilka dni spokojnie znosić wszędobylską, sympatyczną poniekąd mordę Stefana Raaba.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Samotność w twierdzy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 października 2009 01:04
  • czwartek, 08 października 2009
    • Poczta Niemiecka. Część Druga.

      Czekam właśnie na listonosza. Z drżeniem czekam i dowodem osobistym w ręku. Czy tym razem otrzymam przesyłkę?! 
      Zdobywca zamówił kilka gier komputerowych. Jedna z nich, (z rodzaju „mordowanie na ekranie”), ze względu na prewencyjny przeciwamokowy przepis dozwolona jest od lat osiemnastu i w związku z tym wysłana została paczką z nieszczęsnym napisem „do rąk własnych”. Listonosz, nie zastawszy nikogo w domu, nie zostawił paczki jak zawsze w sklepie na rogu. Zostawił natomiast wiadomość, że paczka jest do odebrania na Poczcie w ciągu tygodnia. Ponieważ mój Okupant pracuje w godzinach otwarcia Urzędu, wręczył mi upoważnienie i swój dowód osobisty. Tak uzbrojona ruszyłam do ataku. Po 15-stu minutach oczekiwania podałam mój kwitek wraz z pełnomocnictwem. Urzędniczka zafrasowała się, trzy razy powtórzyła zaklęcie „do rąk własnych”, po czym pobiegła poradzić się koleżanek. Zobaczyłam ją wracającą z paczką w ręku i już byłam w ogródku, witałam się z gąską... 
      - Wydam pani przesyłkę – oznajmiła ostrożnie - proszę pokazać dowód osobisty.
      Podałam dowód i uśmiechnęłam się triumfująco. O, kliencka naiwności! 
      - Ależ ja tu wcale nie widzę, żeby pani była żoną adresata! Państwo nazywają się inaczej. Nie mogę wydać pani przesyłki – usłyszałam i ręce mi opadły. Kiedy spytała o akt ślubu poczułam się jak u Mrożka.
      - Nie noszę przy sobie aktu ślubu. Ale przecież mam upoważnienie!? Może tak w drodze wyjątku... - próbowałam słabo, wiedząc już, że to na nic. 
      Paczka zniknęła mi z pola widzenia. Urzędniczka zaproponowała, że przyniosą mi ją jeszcze raz do domu za trzy dni, czyli dzisiaj. Wtedy będą mogli mi ją wręczyć. Tylko, że to ciągle będzie ta sama paczka z tym samym upoważnieniem! 
      Tak oto głupia gra, pomimo, a może właśnie poprzez zachowanie środków antyamokowych prawie do amoku mnie doprowadziła. Podczas gry, celując, wspomnę czasem uprzejmą panią Urzędnik.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Poczta Niemiecka. Część Druga.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 października 2009 13:47