Z twierdzy wroga

Berlin i ja. Emigracja. Życie w Berlinie.

Wpisy

  • piątek, 30 lipca 2010
    • i wiadomo żyć nie łatwo

      W pierwszych tygodniach mojego pobytu w Berlinie chętnie wybierałam się na wycieczki miastoznawcze. Lubiłam spacerować ulicami i oswajać to nowe miejsce nazywając swoim, stwarzając je tym dla siebie, jak Adam raj. Często wybierałam się na Alexanderplatz, gdzie szybko poczułam się pewnie i nawet zaczęłam z irytacją spoglądać na turystów, którzy przeszkadzają nam Berlińczykom (!) w swobodnym poruszaniu się.

      Pewnego dnia, właśnie na Alexie, zaczepił mnie zdezorientowany turysta z mapą w ręce. - To będzie mój egzamin z tubylczości – pomyślałam szybko i pochyliłam się uprzejmie nad mapą. Jakież było moje rozbawienie, kiedy usłyszałam:
      - Czy może mi pani powiedzieć, gdzie jest ten słynny Alexanderplatz?
      - Tutaj – odpowiedziałam z politowaniem i zostawiłam turystę sam na sam z jego rozczarowaniem.

      Dumna ze zdanego egzaminu udałam się w stronę katedry wypatrując innych zagubionych turystów, którym mogłabym pomóc. Nagle słyszę i promienieję:
      - Do you speak English? - podchodzi do mnie kolorowo ubrana młoda kobieta z dzieckiem na ręku.
      - Yes – odpowiadam z zachęcającym uśmiechem po czym ona wyciąga w moją stronę jakiś skrawek skserowanego papieru i patrzy wyczekująco. Nie potrafię nawet odczytać co tam jest napisane, ale wcale nie muszę. Orientuję się szybko jakiej pomocy potrzebuje ta „turystka“. Zbyt daleko zabrnąwszy, by się wycofać wygrzebuję z portfela kilka monet. Na ten znak zlatują się do mnie z wszystich stron, jak ptaki do św. Franciszka inne, podobne kobiety, ich dzieci i dzieci tych dzieci... Wystraszona uciekam w popłochu i wiem już, że ten egzamin oblałam.

      Te ptaszki św. Franciszka spotkać można w okolicy Alexa zawsze, z tą samą kartką, z tą samą gadką. Ja jednak na świętą najwyraźniej się nie nadaję, bo od tamtej pory na pytanie:
      - Do you speak English? Odpowiadam:
      - No.
      - Deutsch?
      - Nein.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      piątek, 30 lipca 2010 14:35
  • czwartek, 29 lipca 2010
    • Przez cierpienie do gwiazd

      Pielgrzymki do sanktuarium Fridy Kahlo nie ustają. Od miesięcy tłumy zwiedzających ustawiają się w kolejki, by obejrzeć bogatą wystawę artystki w Martin-Gropius-Bau w Berlinie. Odkładałam tę obowiązkową wizytę na później w nadziei na zmniejszenie się zainteresowanie i kolejek, ale na darmo. W obliczu kurczącego się czasu zmuszona zostałam do zajęcia miejsca w ogonku. Zaoszczędziłam co prawda do dwóch godzin kupując bilet online, ale nadal musiałam czekać wewnątrz budynku kolejne dwie godziny. Było warto.

      Wystawa prezentuje fotografie, rysunki i przede wszystkim poruszające obrazy meksykańskiej męczennicy. Kolejne autoportrety (bo nawet martwa natura przedstawia tu Fridę) są jak stacje drogi krzyżowej: choroba, kalectwo, wypadek, aborcja, poronienie, zdrada, romanse, rozwód, amputacja, śmierć... Cierpienia rodzące nieśmiertelność. Poznając bliżej życie Kahlo, stojąc przed jej obrazem - jak przed wielu laty stała ona, przeglądając się w portrecie jak w lustrze poczułam zimno gwoździ tkwiących w ciele. Magia sztuki zadziałała. Tak właśnie, tysiące razy w ciągu dnia, zmartwychwstaje Frida Kahlo w sercach swoich wyznawców – pielgrzymów.

      Zebranie tak wielu dzieł malarki w jednym miejscu to ewenement. Czy jeszcze się powtórzy? Jestem zdania, że jej obrazy powinno się oglądać właśnie tak – razem – jak napisaną językiem obrazkowym wstrząsającą biografię niezwykłej kobiety. Kobiety o bardzo smutnych oczach pod czarnym krukiem brwi.

      Frida Kahlo

      Wystawa

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 lipca 2010 18:05
  • środa, 28 lipca 2010
    • Emigracja

      Kaktus, którym zaopiekowałam się po śmierci jego właścicielki zareagował na zmianę otoczenia z początku euforycznie. Nie zaszkodziła mu nawet 700-kilometrowa podróż. W szybkim, jak na ten rodzaj rośliny, tempie wypuścił dwa jędrne, soczystozielone odnóża i nieznacznie urósł. Nie wiem, czy zdolny jest do kwitnienia, ale jego stan określiłabym właśnie tak: kwitnący.
      Wszystkie moje rośliny mają imiona. Są wśród nich m.in.: Anna, Bobo i Benjamin. Kaktus, jako że składa się z czterech pni rosnących w jednej doniczce otrzymał nazwę Familie Müller-Kowalski.
      Niedawno, z wielką przykrością zauważyłam, że Familie M
      üller-Kowalski marnieje.
      Pytałam, tłumaczyłam, groziłam, pocieszałam, podlewałam więcej, nie podlewałam wcale, przenosiłam z pokoju do pokoju... wszystko na nic. Kaktus uparcie i niewzruszenie brnie w kierunku skończoności.
      Przecież niczego mu nie brakuje! – rozmyślałam gorączkowo – Ma lepszą wodę, lepsze słońce, lepsze widoki i atmosferę. Nawet sąsiedztwo innych różnorodnych roślin. Dlaczego więc wśród tych idealnych do rozwoju warunków marnieje?!
      I w końcu zrozumiałam i już się nie dziwię: Familie M
      üller-Kowalski to ja.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      środa, 28 lipca 2010 13:16