Z twierdzy wroga

Berlin i ja. Emigracja. Życie w Berlinie.

Wpisy

  • wtorek, 23 listopada 2010
    • Jezioro z łabędziem ale bez wody

      W pewną słoneczną niedzielę wysnobowani do granic naszych skromnych możliwości wybraliśmy się na najsłynniejszy balet wszech czasów - Jezioro łabędzie. Przed wejściem do budynku opery miejskiej stali wyfraczeni jegomoście rozdający jakieś kartki. Nauczeni unikania atakującej zewsząd reklamy zignorowaliśmy ten fakt i zajęliśmy miejsca w wypełnionej po brzegi sali.
      Pierwsza połowa nie zawiodła nas: orkiestra grała, baletnice tańczyły, ludzie klaskali i wszystko to smakowało jak biały nugat, czyli tak, jak smakować powinno.
      Po przerwie, kiedy znów zasiedliśmy w fotelach, na scenę, wyszła czarno odziana, poważna pani, która okazała się nie być, wbrew oczekiwaniom, czarnym łabędziem, choć równie wiele namieszała. Oznajmiła mianowicie zaskoczonej publiczności, że orkiestra strajkuje i nie będzie dalej grała. Ponieważ jednak zespół włożył wiele pracy w przygotowanie widowiska, będzie ono kontynuowane. Zamiast orkiestry zagra... pianista. Już podnosiłam palce do ust, żeby zagwizdać na znak protestu, że mnie ograbiono, że zamiast tłustej śmietanki dostać mam chude mleko, kiedy ogłuszyły mnie burzliwe oklaski. Spojrzeliśmy po sobie zdezorientowani. Ludzie najwyraźniej cieszyli się z tego surogatu, surogatu nugatu. Zadowoleni byli, że pozwala im się skosztować frytek, kiedy zapłacili za kluseczki francuskie.
      Zostaliśmy do końca, ale w drodze powrotnej kilka razy odbiło mi się frytkami.

      Uwierzylibyście, że taka historia może zdarzyć się w Niemczech?

      Jezioro bez wody

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 listopada 2010 17:42
  • piątek, 19 listopada 2010
  • czwartek, 18 listopada 2010
    • Klątwa Maslowa

      Jedenastego listopada 2010 my, Polacy na obczyźnie, obchodziliśmy Święto Niepodległości w sposób bardzo kulturalny i wysublimowany. Spotkaliśmy się w sali koncertowej RBB. Poruszeni, odświętnie ubrani cierpliwie wysłuchaliśmy przemówienia (czyt. przeczytania) ambasadora Marka P. Nieco mniej cierpliwie znieśliśmy oczekiwanie na wyjście Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia „Amadeus”, która najwyraźniej gwiazdorzyła, bo oczekiwaliśmy długo. Wzruszenie na naszych twarzach rosło z każdą chwilą. „Ach, jak bardzo spragnieni jesteśmy polskości” – pomyślałam z rozczuleniem kiedy wszyscy razem, spójnie i zgodnie zatopiliśmy się w preludiach chopinowskich.
      Dyrygentka Agnieszka Duczmal powoziła wyśmienicie swoim smyczkowym zaprzęgiem przez tak dobrze znane polne wierzbowe drogi. Pierwszy solista koncertem fortepianowym e-moll doprowadził nas na strome zbocze. Powabna, nieco ekscentryczna solistka w zwiewnej różowej sukience doprowadziła nas ostatnim koncertem na szczyt. I w momencie, gdy spodziewałam się eksplozji, westchnień spełnienia i spazmatycznych szlochów poruszonych do głębi, stęsknionych dusz patriotów, poczułam nagle, że oczekiwanie wcale nie maleje, a rośnie i napina się i drży nie do zniesienia... I zrozumiałam, że uczta muzyczna była tylko grą wstępną! Że prawdziwy koncert zacznie się za chwilę, tam za drzwiami, tam, gdzie czekają one – jeszcze nietknięte, jeszcze dziewicze i piękne – nakryte stoły. I wtedy: drzwi otwarto!
      Pierwszy raz dostałam łokciem od staruszki. „W tym wieku wiele przeszła, życie nauczyło ją walczyć o swoje” – pomyślałam wyrozumiale i zostałam potrącona przez spieszącego do stołu nastolatka. Kiedy poczułam na stopie odcisk szpilki jakiejś damy, otrzeźwiałam nagle i rozejrzałam się. Biegali jak w amoku, z talerzami, kieliszkami, nadziejami. Nikt nie słyszał już muzyki. Nikt już chyba nawet nie wiedział gdzie jest i po co. Ten, kto dostał się do stołu zapominał, że to bufet szwedzki, zajmował przy nim stałe miejsce, jak na weselu i grał na dwie ręce Marsz triumfalny.
      Komu zabrakło tupetu, zaradności i siły przebicia mógł podejść do stołu później, gdy sala pomału pustoszała i skosztować to, co zostało: kluskę śląską. Z dziurą.

       

      Takie to było nasze świętowanie niepodległości w kajdanach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      wanda_2009
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 listopada 2010 16:29